Projekt #100dnizpebelle stworzyłam pierwotnie dla siebie, żeby poukładać panujący we mnie emocjonalny chaos. Czułam, że to ważne i potrzebne, bo odbijało się na moim życiu prywatnym, zawodowym, duchowym i samopoczuciu psychofizycznym. Mimo, że umiałam odczytać pewne życiowe niuanse i dzięki nim realizowałam swoje plany to w praktyce oznaczało to niestety:

  • mocno odbiegające od ideału życie osobiste,
  • ciągły niedosyt i brak pełnej satysfakcji z wykonywanej pracy,
  • nikłą lub nawet błędną komunikację ze swoją „duszą”
  • szereg bardzo prozaicznych codziennych rytuałów niedopasowanych do mnie, mojej natury i temperamentu (zasugerowane/narzucone masowo aktywności fizyczne, dietę czy nawet godziny snu i traktowanie go bardzo przedmiotowo).

Chociaż przekonanie w jakim żyłam odbiegało od powyższej prawdy. W efekcie czułam się takim życiem zmęczona i, no cóż, bardzo znudzona. Przyglądałam się życiu innych, ich uśmiechom i rozterkom, słuchałam wykładów, chłonąc słuszne i życzliwe recepty, przeczytałam dziesiątki lektur wybitnych w swojej dziedzinie autorów – naukowców i przewodników duchowych – filtrowałam wiedzę i uczyłam się od tych, którzy mądrze pokazywali swoim zachowaniem i dokonywanymi wyborami „jak żyć w radości, z pogodą ducha”. 

Później te wnioski spisałam w formie kilku kroków, układających się w program kwartalny (100- dniowy), dodałam kilka własnych psycho-kosmetologicznych refleksji i zakasałam „mentalne rękawy” do działania. Nie zdawałam sobie sprawy jeszcze, że rozpoczynam swój pierwszy trening mentalny w życiu. Obiecałam sobie, że to będą ostatnie 3 miesiące mojego starego męczącego i nudnego życia. Samoistnie, wraz z tą obietnicą, zrodziła się niegasnąca determinacja. Czas mijał zatrważająco szybko, co mnie akurat bardzo cieszyło, bo oznaczało zbliżający się wielkimi krokami cel.

Jakkolwiek to zabrzmi – przez cały czas czułam wsparcie. Zewsząd. W gestach życzliwości i słowach (nie)przypadkowych ludzi, których aktualnie potrzebowałam. We snach, które śniłam a potem bardzo uważnie interpretowałam, odnosząc się do swojego mentalnego procesu. W symbolicznym znaczeniu znajdowanych po drodze na spacerach rzeczy. Proces poznawczy trwał i nie ustawał, a ja chłonęłam jak zafascynowana na nowo życiem gąbka w ludzkim, cudownie niedoskonałym ciele.

Pamiętam dzień, w którym chyba pierwszy raz w życiu z czułą szczerością każdej mojej komórki powiedziałam sobie, że:

  • jestem bezpieczna
  • jestem mądra i bystra
  • jestem kreatywna i przedsiębiorcza
  • jestem wartościowym człowiekiem
  • bardzo siebie lubię (mówiłam to sobie wcześniej, ale nigdy z takim przekonaniem)
  • mam wielkie serce pełne miłości
  • bardzo jestem niedoskonała i jakie to uwalniające zaakceptować swoje człowieczeństwo!
  • mimo jedynie boskiego podobieństwa jaka jestem silna, że się nie poddałam
  • doceniam siebie,

mimo wielu słabości, które noszę w sobie i które naznaczyły moją przeszłość. Po tych stu dniach poczułam się jak nowonarodzona, dosłownie. Zrozumiałam w czym jestem naprawdę świetna, które przestrzenie wymagają korekty, a które są częścią mojej niedoskonałej natury i jedyne czego potrzebuję w tym miejscu to samoakceptacji. Obraz nowej mnie wręcz uderzał w zaskoczeniu wszystkich, którzy zapamiętali tamtą starą wersję. To każdorazowo dawało mi (i wciąż daje) przyjemne przypomnienie JAK WIELKI ŻYCIOWY PROGRES OSIĄGNĘŁAM. Zrozumiałam kim jestem i jaką mam rolę na Mamie Ziemi. I czuję w końcu:

  • spokój
  • równowagę wewnętrzną, nawet chwilowo zachwianą potrafię już przywrócić, bo wiem jak
  • moc, determinującą do realizacji swojej życiowej misji
  • prawdziwą, głęboką, zdrową miłość i szacunek do siebie i innych ludzi
  • i inne nie mniej wartościowe benefity psychofizyczne.

Dużo łatwiej teraz jest mi dostrzec, które zdrowe nawyki i pielęgnacyjne rytuały są (lub mogą być) ze mną kompatybilne i dzięki temu będę w stanie je praktykować permanentnie, a które z miejsca mogę odrzucić i nie tracić cennego czasu. Czasu, którego nikt mi nie odda.

Dużo łatwiej teraz jest mi dostrzec również, komu ten projekt podniósłby jakość życia. Kto bez problemu, z mniejszymi lub większymi problemami, poradziłby sobie – bo wręcz targa nim potencjał, domagający się realizacji. Ale też łatwiej dostrzec osoby nieskore do działania, oczekujące wyłącznie atencji. Ten projekt NIE JEST adresowany do nich. Stanowczo podkreślam, że na swój osobisty sukces trzeba pracować.

  • Służę wsparciem, bo wiem jak ten osobisty sukces osiągnąć.
  • Daję pełną uwagę, bo wiem, że tylko wtedy będę w stanie wychwycić wszelkie potrzebne niuanse, prowadzące moich podopiecznych do celu.
  • Tworzę atmosferę dostosowaną do indywidualnych potrzeb.
  • Cenię czas moich podpiecznych, dlatego komunikujemy się zdalnie – nie potrzebują mojej fizycznej obecności.
  • Szanuję wartości, wyższe ideały, wiarę czy cele i nikogo nie oceniam.
  • Gwarantuję dyskrecję.
  • Koncentruję się wyłącznie na wsparciu moich podopiecznych w ich drodze do założonego celu, którym w większości przypadków jest spokój rozumiany jako równowaga wewnętrzny.